"Stara", dobra znajoma krytyczka.
Polecam.
http://bienczycka.com/blog/
Tajna Polska. Recenzje literackie.
Tajna Polska - przyszła, lepsza Polska
niedziela, 15 stycznia 2012
Bieńczycka
Etykiety:
Ewa Bieńczycka recenzja literacka
| Reakcje: |
Polecam kolejny blog z recenzjami literackimi
Książki, które byście chcieli przeczytać, ale z jakiś powodów tego nie zrobiliście.
http://experymentt.wordpress.com/
http://experymentt.wordpress.com/
Etykiety:
recenzja dobrej książki experyment
| Reakcje: |
wtorek, 15 listopada 2011
Krytycznym okiem Jarka Czechowicza
Polecam literacki blog roku!
http://krytycznymokiem.blogspot.com/
Każdego miesiąca kilka lub nawet kilkanaście recenzji literackich nowości wydawniczych, powieści.
Czechowicz już ponad cztery lata recenzuje, czyta bardzo dużo. Jego sposób interpretacji jest wprawdzie różny od mojego, ale śmiało mogę polecić innym moim czytelnikom
http://krytycznymokiem.blogspot.com/
Każdego miesiąca kilka lub nawet kilkanaście recenzji literackich nowości wydawniczych, powieści.
Czechowicz już ponad cztery lata recenzuje, czyta bardzo dużo. Jego sposób interpretacji jest wprawdzie różny od mojego, ale śmiało mogę polecić innym moim czytelnikom
Etykiety:
Jarosław Czechowicz,
Krytycznym okiem
| Reakcje: |
środa, 3 sierpnia 2011
"Cięcia" Dawida Kornagi - sprawiedliwa zemsta
Kornaga daje nam kolejną bezkompromisową powieść dla dorosłych. W dodatku ugruntowaną w realiach międzynarodowej agencji reklamowej Leon Creations na Przemysłowym Służewcu.
Tam to w Warszawie mieści się City. Z wiarygodnego źródła wiem, że autor powieści pracował kilka lat w owym zagłębiu biurowców, w agencji reklamowej. Research, tak popularny od jakiegoś czasu, Kornaga zdaje na pięć. Poczynię małą dygresję, kiedy napiszę, że Michał Witkowski pojechał właśnie do Szwecji na budowę, gdzie robił już kiedyś research do powieści "Margot". Jeździł tirami autostopem. Zaś z kolei Tomek Piątek swój półroczny pobyt odwykowy w szpitalu zamkniętym wykorzystał w powieści "Pałac Ostrogskich". Ale ten cały Leon, wracając do miejsca akcji "Cięć", nie jest rajem, o nie.
Gutkowski, wzorowy i długoletni pracownik agencji reklamowej Leon Creations, najchętniej opowiada o krótkim romansie w Cannes z piękną francuską Fleur. Jego narzeczona w Warszawie widocznie mu się opatrzyła, skoro nie o niej opowiada, ale o Fleur. Narzeczona istnieje tylko jako bezrobotna fotografka, nie mówi o jej sexie. Powieść toczy się z początku leniwie, opisy pracowników wielkiego biurowca dostarczają czytelnikowi wielu negatywnych wrażeń. Taka zresztą jest strategia autora. To co czytamy nie ma nas zachwycić, ale unurzać w pomyjach firmy korporacyjnej. A nawet w pomyjach ludzi spoza środowiska. Ale też z warszawki. Takim niesympatycznym typem jest redaktor Bolewski, którego wulgarność robi pewne wrażenie na Gutkowskim. Skoro nie ma piękna w tym świecie, bohaterowie uczą się cieniować brzydotę. Poza pracą po godzinach, możemy ich jeszcze spotkać w Galmoku czy w knajpie. Nie ma w tej powieści miejsca na urzekające obrazki z życia codziennego. Życiem Gutkowskiego i Bolewskiego jest praca, wypracowywanie zysku. Nie ma tu miejsca na życie prywatne, osobiste, intymne. Nie ma miejsca na kontemplację przyrody czy niewinną zabawę. Wszystko jest ordynarne i wulgarne. Bohaterowie czują się jak przy maszynie fabrycznej, a nie w pracy twórczej. Choć można powiedzieć, abstrachując od powieści, że praca mechaniczna od wieków istnieje i ktoś musiał i musi ją wykonywać. W dzisiejszych polskich realiach ludzie się cieszą, że mają jakąkolwiec stałą pracę z zusem i ubezpieczeniem. I być może dlatego, świat Gutkowskiego i Bolewskiego nie wywołał we mnie smutnej refleksji na temat pracownika korporacji. Kiedy pomyślę o tych co błagają w urzędach pracy o stałą robotę, albo o Chińczykach pracujących za kilka dolarów dziennie, los Gutkowskiego i Bolewskiego nie wydaje mi się szczególnie straszny czy porażający. Choć na pewno nie jest do pozazdroszczenia. Ale co z tego, kiedy inni w kolejce czekają na ich miejsce.
Koniec powieści to suspens. W takim razie ja nie mogę nic powiedzieć. Zdradzę tylko, że jest zaskakujący. I ma coś wspólnego ze sprawiedliwą zemstą. Tym bardziej, że o myślach Gutkowskiego dowiadujemy się z mowy pozornie zależnej, a więc wersji nie pełnej, celowo. By koniec mógł być fajerwerkiem.
Cięcia
Dawid Kornaga
Świat Książki,
Warszawa 2011
Etykiety:
Cięcia,
Kornaga Dawid,
Przemysłowy Służewiec,
Warszawa literacka
| Reakcje: |
wtorek, 5 lipca 2011
Carlos Wieder jako kolejna wersja Kurtza
Tym razem Chile. Roberto Bolano i jego opowiadanie "Gwiazda daleka" robi na czytelniku duże wrażenie.
Uważam się za wyrobionego czytelnika, proszę więc o zwrócenie uwagi na tego pisarza. Dużo tutaj narracji dopowiedzianej, narrator, uczestnik wydarzeń, wielu spraw się domyśla, wiele spraw przedstawia na podstawie rekonstrukcji, o czym zresztą powiadamia, o wydarzeniach, które prawdopodobnie miały miejsce. To bardzo ciekawy sposób prowadzenia narracji. Czytelnik jest powiadamiany, że to co czyta to być może zmyślenie, że to raczej domysły, niż udokumentowana prawda. A może to fakty na temat tego jak wyglądało zabójstwo sióstr Garmendia przez poetę i oficera sił powietrznych Carlosa Wiedera. To opowiadanie jest o poezji i poecie mordercy. Wprawdzie wiele wątków tyczących się Wiedera jest opowiedziana joko domysły, to jednak wiele wskazuje, że to on zabijał, a ten kto nam to wszystko opowiada jest całkowicie przekonany o jego zbrodniach. Wieder jest zwykłym poetą w czasach prezydenta Allende w Chile, choć przyznaje się do przekonań prawicowych. Staje się kimś innym podczas objęcia władzy przez skrajną prawicę Pinocheta. Bierze czynny udział w przewrocie i pisze faszystowskie wiersze. Jest pilotem, układa na niebie napisy kolorowym dymem, z których układają się wiersze, jego wiersze. Jest według tego, który nam o nim opowiada i jego przyjaciół poetów: Bibiana i Grubej, zwykłym mordercą, a nie poetą. Zwykli ludzie uciekają z Chile. Zwłaszcza ludzie wykształceni, bo o nich traktuje to opowiadanie. Jest tylko krótka wzmianka o pisarzach barabarzyńcach. W kraju zostają tylko fanatycy, pisarze barbarzyńcy i uprzywilejowana elita. Bolano również wyemigrował, do Hiszpanii, w okolice Barcelony.
Bohaterów negatywnych jest wielu w literaturze, ale bohaterów negatywnych wykształconych i pokazanych z perspektywy człowieka wykształconego, jest już mniej. Zło w człowieku wykształconym zawsze robi wrażenie. Taka sytuacja wzbudza niepokój u czytelnika. Dotyka go bardziej, bo taki bohater z reguły jest mu bliższy. Ludzi wykształconych zawsze było mniej, niż tych niewykształconych. I staje przed nami pytanie, czy lektura książek, a zwłaszcza poezji może zrodzić kogoś takiego jak Wieder? Bolano porusza problem prawicy, w której zło jest jakby wpisane, jest jej naturalną częścią. Wieder zabijał nie dlatego, że był jako poeta zainteresowany stanami ekstremalnymi człowieka, że interesowali go psychopaci. Wieder sam był psychopatą, bo wyznawał skrajnie prawicowe wartości. Od początku narracji opowieści wszystko właśnie na to wskazuje, że bycie faszystą wiąże się z byciem mordercą. Tak naprawdę po lekturze tej książki nie umiem powiedzieć, dlaczego Wieder zabijał. Czy chodziło mu o wyeliminowanie ludzi o poglądach lewicowych, czy może o prywatny rodzaj poezji czerpiącej inspirację z morderstw. Przecież zorganizował wernisaż swoich poezji ze zdjęciami zabiych ludzi. Narrator dwa razy przywołuje film Romana Polańskiego "Dziecko Rosemary", który służy mu za porównianie atmosfery panującej wokół Carlosa Wiedera. Wprawdzie opowiadacz próbuje zrozumieć postać Wiedera, przekazuje całą swoją wiedzę i domysły czytelnikowi na jego temat, włącznie z analizą słowotwórczą słowa: Wieder, ale konkluzji nie da się wywieść z tej opowieści. Był ktoś taki jak Wieder, był poetą, człowiekiem o poglądach skrajnie prawicowych i był również mordercą. Dlaczego? Mówiąc szczerze, nie wiem.
Gwiazada daleka
Roberto Bolano
Muza, Warszawa 2006.
Etykiety:
Bolano,
Carlos Wieder,
Gwiazada daleka.,
Pinochet
| Reakcje: |
czwartek, 26 maja 2011
Obowiązkowa lektura szkolna - "Szczeniaki" Mario Vargasa Llosy
"Szczeniaki" to bardzo ogniste, południowoamerykańskie opowiadanie, cenionego noblisty Llosy. Poznajemy grupkę młodych chłopców z podstawówki z dużego miasta, prawdopodobnie stolicy Peru, Limy. Narrator nie podaje nazwy miasta, padają za to często nazwy ulic, placów, knajp. Wszystko się kręci wokół Kutasika Cuellara, syna zamożnych rodziców. Zjednuje sobie kolegów dość wariackimi wyczynami i tak rozwija się fabuła wokół Kutasika, który swoje przezwisko zawdzięczał ugryzieniu przez psa w wiadome miejsce, w okresie kiedy on i koledzy szkolni byli jeszcze dziećmi. Akcja posuwa się aż do lat młodzieńczych. Kumple poznają swoje pierwsze dziewczyny, jedynie Kutasik wciąż sam chodzi po knajpach. Kumple zaczynają coś podejrzewać, choć nie mówią tego wprost, porozumiewają się między sobą aluzjami, zaś Kutasika nawet nie próbują o te sprawy zagadywać. Czyli, że są w porządku, jak by to można powiedzieć żargonowo. Akcja rozwija się szybko do przodu, lata lecą, a Kutasik wciąż sam. Teraz już wszyscy wiedzą, jeździ po mieście dużym samochodem z młodymi chłopcami. Na tym można by zakończyć streszczanie fabuły. Urzekło mnie w tej literaturze piękno języka, bohaterowie są wobec siebie więcej niż porządni, oni się bardzo lubią, jedynie Kutasik w miarę upływu lat zaczyna mieć pewne kłopoty, staje się nerwowy i kłótliwy. Nie odtrącają go, ale mu współczują, nawet nie chcą żadnych wyjaśnień od niego. Narrator jest bardzo dyskretny. Raz tylko pada słowo "pedał", kiedy już wszyscy w mieście mogą zobaczyć go w samochodzie pełnym młodszych chłpaców. Mój opis "Szczeniaków" być może przypomina trochę wypracowanie szkolne na temat lektury, bo rzeczywiście to pozycja, która mogłaby się stać lekturą szkolną w homofobicznej Polsce.
I powyższe uwagi powinien pisać również uczeń podstawówki, gimnazjum czy liceum.
Warto też zauważyć, że język narracji jest bardzo nowoczesny. Jeśli dla kogoś język "Wojny polsko-ruskiej" Doroty Masłowskiej był odkrywczy, to znaczy, że miał na bakier z literaturą światową. Llosa w ogóle nie używa mylśników, nie wydziela z tekstu dialogów, ani nie wprowadza słów zapowiadających czyjeś słowa, typu: powiedział, wykrzyknał, itp. Zdania opisujące sytuację zawierają również dialogi. Narrator pisze na przykład, że piątka przyjaciół spotkała się w knajpie: usiedli przy wolnym stoliku, zawołali kelnera, coś taki smutny Kutasiku, daj mi spokój Lolo, wypili z dwadzieścia butelek piwa. Słowa bohaterów wplatane są w opis sytuacji, opis zdarzenia jakiegoś konkretnego czy opis wartkiej akcji. Data wydania "Szczeniaków" to rok 67, zaś "Wojny polsko-ruskiej" to rok 2002. O tyle czasu byliśmy zacofani. Ale nie chciałem tego od razu przyjąć do wiadomości.
Chciałem się czegoś chwycić, żeby ratować próżną polską dumę. Zajrzałem do "Pamiętnika z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego, pomny że poeta napisał tę relację z powstania językiem potocznym. Jakieeeeeż było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem tradycyjny zapis dialogów i w ogóle tradycyjny, właściwie dzisiaj już staroświecki, zapis narracji. Tak sobie pomyślałem, ile to do dzisiaj produkuje się książek nie tylko z tradycyjnym zapisem narracji, ale również ze staroświeckim, tzw. literackim słownictwem. To tak, jakbyśmy dalej produkowali polonezy i stare modele fiatów i Daewoo, trzymając się zasady, że co dobre i sprawdzone, jest najlepsze. A przecież tak nie jest...
Bohaterowie: Kutasik Cuellar, Lolo, Choto, Manuco, Chingolo, Chabuca, China, Fina, Terasita, Cachito.
"Szczeniaki" Mario V. Llosa
Znak, 2011, Kraków.
Etykiety:
lektura szkolna,
Lima,
Mario V. Lllosa,
Peru,
Szczeniaki
| Reakcje: |
sobota, 23 kwietnia 2011
Blog dodany do biblioteki blogów
Chodzi o serwis: blogbox.com.pl
a tutaj poproszono mnie o wklejenie kodu:
fd74d5fdc11bbd0494e77ac032dee4c8
a tutaj poproszono mnie o wklejenie kodu:
fd74d5fdc11bbd0494e77ac032dee4c8
środa, 20 kwietnia 2011
Masakra profana - już teraz!
To bardzo zabawna książka. Coś jak przygody dorosłego Adriana Mola, ale po polsku. Stawirej w rozmowie z Jasiem Kapelą mówił o konotacjach do Dyla Sowizdrzała. Jasiowi z kolei książka skojarzyła się z "Kandydem" Woltera. Bohaterowi ukazuje się Matka Boska i wybiera go do świadczenia boskości jej syna Jezusa. Obdarowuje go niezwykłymi przymiotami, takimi jak lewitacja czy moc uzdrawiania. Kiedy na zebraniu kadry menadżerskiej w biurowcu korporacji pojawiają się na jego dłoniach stygmaty, uświadamia sobie, że jego życie nie będzie już takie jak dawniej. Ucieka przed swym powołaniem i robi to niezwykle zabawnie. Ale o tym nie będę pisał, żeby nie zepsuć dobrej zabawy. Powiem może tylko tyle, że wiele radości w lekturze dostarczają surrealistyczne zdarzenia z udziałem bohatera. Kiedy w młodości podczas kazania w kościele bohater robił jaskółkę, ksiądz posłał ku niemu kościelnego, którego wygląd bohater określa mianem trolla i ogra.
Ciekawie mówi do bohatera pewien przypadkowo spotkany satanista, który na problem, bo uważa, że szatana już na ziemi nie ma:
"Badania nad historią przemocy pokazują coś zupełnie przeciwnego. Odsetek szkieletów z czasów prehistorycznych, które noszą ślady uderzenia toporem, ugodzenia strzałą lub inne znamiona przedwczesnej śmierci z rąk bliźniego, jest dwudziestokrotnie większy niż procent ludzi ginących podczas współczesnych wojen. Innymi słowami, gdyby proporcjonalnie tyle samo ludzi zginęło podczas konfliktów zbrojnych w XX wieku co w trakcie prehistorycznych walk plemiennych, liczba ta nie wynosiłaby sto milionów, a dwa miliardy! Rozumiesz?"
Stawirej podaje, że podobną informację wyczytał na portalu racjonalista.pl w artykule "Nie takie dobre, dawne czasy" Dana Gardnera.
Kiedy nawiedza go Jezus, oznajmia mu, że jest typowym przedstawicielem współczesnych czasów, kimś kto zastąpił dawnych pastuszków. To humor tej książki, a przykładów takiego humoru jest wiele. Humor nie opuszcza Stawireja, kiedy opisuje życie rodziny wiejskiej pośród lasu. Zwyczajny sadyzm gospodarza psychopaty opisuje w taki spsób bohater/narrator, kiedy trafia do tej chaty i mieszka tam przez jakiś czas:
"Jeśli więc Krystyna za bardzo guzdrała się podczas porannego ubierania do kościoła, potrafił jej znienacka wypalić z piąchy w nos. Bardzo denerwowało go też, kiedy córka, kuśtykając niezgrabnie do wychodka, potrąciła coś po drodze albo nie daj boże stłukła jakiś słoik. Sięgał wtedy do swojego arsenału prętów oraz nahajów i trzepał jej skórę równo, aż skwierczała. Ale najbardziej irytowało go, gdy w trakcie manta dziewczę traciło przytomność i nie słuchało, co się do niej mówi. Wpadał wtedy w taką furię, że to, co się działo potem, wprawiłoby w zakłopotanie niejednego afrykańskiego prezydenta". (...)
"Mimo że ciężkie warunki bytowania zrównywały go w sensie społecznym z leśną fauną, ojciec Krystyny, wbrew pozorom, nie zamienił się w bestię. Tym, co odróżniało go od dzikich zwierząt, była odziedziczona po przodkach głęboka wiara oraz umiłowanie tradycji". (...)
"A zgodnie z tą odwieczną mądrością, dzieci należało wychowywać twardą ręką, szczególnie dziewczęta, które, jak wiadomo, puszczone samopas prawie na pewno wyrosłyby na jakieś szansonistki albo programistki , a takie sobie ani w lesie nie poradzą, ani porządnego chłopa nie znajdą. Dlatego gospodarz od wczesnego dzieciństwa Krystyny starał się na bieżąco korygować wszelkie przejawy jej potencjalnego wykolejenia, jak liczenie bez palców, drapanie się lewą ręką czy nagłe, niczym nieuzasadnione, zamyślanie się. Do tego celu używał wypróbowanych narzędzi, takich jak batog, knut, imadło, odziedziczonych jeszcze po swoim dziadku. Stosował je codziennie, z podziwu godną konsekwencją, bo, jak wiadomo, tylko konsekwencja daje gwarancję sukcesu wychowawczego. I na efekty nie trzeba było długo czekać. Dziecko rozwijało się poprawnie: nie hałasowało, nie pałętało się pod nogami, nie pluło. Gdyby nie to, że ciało Krystyny zaczęła pokrywać coraz większa opuchlizna, pojawiały się kolejne sińce i krwiaki, aż wreszcie wystąpiły rany i wybroczyny świadczące o poważnej chorobie... Mam nadzieję, że ten pogłębiony rys psychologiczny ułatwi wam zrozumienie całej złożoności charakteru mojego gospodarza i pozwoli dostrzec w nim wielowymiarową i targaną licznymi sprzecznościami postać, anie po prostu niebezpiecznego psychopatę".
Niestety ta powieść przygodowa nie kończy się dobrze dla bohatera. Jak bardzo chciałby on wieść normalne życie, pozbawione sensu życie, a nie jakiegoś cudotwórcy wybranego przez Matkę Boską, czy lokalną wiejską gminę, ale zwykłego człowieka. Oto jego ostatnie słowa:
"Bez sensu pracować, bez sensu wydawać pieniądze, bez sensu pić piwo z klegami, bez sensu świntuszyć z koleżankami, bez sensu leczyć kaca po całonocnej imprezie, bez sensu spożywać lunch w knajpce na rogu, bez sensu do późna w nocy oglądać jakiś bezsensowny film, bez sensu śnić absurdalne sny o misiu, bez sensu tłuc się samolotem na egzotyczne wakacje, bez sensu znosić upał na jakiejś tropikalnej plaży, bez sensu gapić się na zachodzące nad morzem słońce, bez sensu ciurlać miętowego tic-taca... Bez sensu żyć".
A ja dodam od siebie: bez sensu pisać recenzje.
Masakra profana
Jarosław Stawirej, KP 2011.
Etykiety:
Jarosław Stawirej,
Masakra profana,
Matka Boska
| Reakcje: |
piątek, 11 lutego 2011
Plany Masternaka
Zbyszka Masternaka plany na przyszłość
Masternak w rozmowie z naszym blogiem ujawnił, że myśli o misji kolonizacyjnej na Marsa. Chętnie by wziął udział w pierwszej takiej misji, wraz z żoną i dziećmi. Co go do tego skłania? Znany pisarz ma zamiar ofiarować siebie, żonę i dzieci. Uważa, że są piękni i zdrowi psychicznie i że dzięki temu będą gwarancją nowej, lepszej, przyszłej ludzkości. Tajna trzyma kciuki za rodzinę pisarza.
Masternak w rozmowie z naszym blogiem ujawnił, że myśli o misji kolonizacyjnej na Marsa. Chętnie by wziął udział w pierwszej takiej misji, wraz z żoną i dziećmi. Co go do tego skłania? Znany pisarz ma zamiar ofiarować siebie, żonę i dzieci. Uważa, że są piękni i zdrowi psychicznie i że dzięki temu będą gwarancją nowej, lepszej, przyszłej ludzkości. Tajna trzyma kciuki za rodzinę pisarza.
Etykiety:
kolonizacja Marsa,
Mars,
Zbigniew Masternak
| Reakcje: |
Kumple zakneblowani
Lidia Plesner zamknęła kumpli.
Więcej tutaj: http://kaczka.blog.pl/komentarze/index.php?nid=15254151
Więcej tutaj: http://kaczka.blog.pl/komentarze/index.php?nid=15254151
niedziela, 6 lutego 2011
Nowy numer Ha!artu nr 33 : o grafomanii

Nowy Ha!art już w empikach albo bardzo niedługo!
A nim wywiad ze mną i esej Marty Syrwid o moich powieściach.
Spis treści:
Piotr Marecki – Wstęp
Piotr Macierzyński – VI Mistrzostwa Polski w Poezji
Grzegorz Giedrys – Nieudana walka o nieśmiertelność / Rozmowa redakcyjna – Grafomania
Nie jestem polskim wydaniem Paris Hilton – z Adamem Bolewskim rozmawia Marcelina Piołun
Marta Syrwid – Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym
Grzegorz Giedrys – Ten podstępny Rafał Czoch. Próba eksperymentu
Inicjatywa Książkowa Pod Dwoma Kotami – z Rafałem Czochem rozmawia Tomasz Pułka
Rafał Czoch – Depresja gospodarcza [fragment]
Leszek Onak – Grafomania jako wsobny akt erotycznej kreacji
Przemek Łośko – Wytyczne do utylizacji literatury
• • •
Ze wstępu Piotra Mareckiego:
Przyczyna zajęcia się tematem grafomanii i uczynienia go motywem przewodnim tego numeru „Ha!artu” jest dość prozaiczna. Od kilku lat z zadziwiającą regularnością – mniej więcej raz na rok – na biurkach redaktorów (także i moim) pism literackich lądowały tak samo wyglądające przesyłki z książkami (...)
(w środku plik kartek ksero z białą okładką, na której widniał wyboldowany tytuł). Powieści wydawane były przez Wydawnictwo Autorskie Grafomania, autorem zaś nieodmiennie był Rafał Czoch (jak się okazało, właściciel wydawnictwa). Powieści miały po dwieście, trzysta, do czterystu stronic. Co roku ten sam rytuał, co roku tak samo wyglądająca książka. Podczytywałem i kolekcjonowałem je na półce, łącznie uzbierało się osiem tytułów, skany ich „okładek” można znaleźć w niniejszym numerze. O tajemniczej postaci nikt nic nie wiedział, nikt nic nie słyszał – zaskakujące, tym bardziej, że jako miejsce wydania widniało miasto Kraków. Wraz z zespołem redakcyjnym postanowiliśmy „wszcząć literackie śledztwo” i odkryć intrygującą zagadkę rodzimego miasta, a przy okazji znaleźć i innych pisarzy, programowo przyznających się do grafomanii, jak również zbadać zjawisko, posługując się narzędziami z zakresu literaturoznawstwa i psychologii. Jednocześnie staraliśmy się pamiętać o dość powszechnej opinii, że w książkach grafomańskich może kryć się porządny kawał prawdy o współczesności…
Piotr Marecki, Wstęp
Numer ukazał się dzięki dotacji Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Etykiety:
Adam Bolewski,
Kraków,
Leszek Onak,
Marta Syrwid,
Nr 33 Haartu,
Piotr Marecki
| Reakcje: |
sobota, 22 stycznia 2011
Cztery powieści o szaleństwie
Te cztery powieści to studium szaleństwa. Możemy dokładnie śledzić narodziny, zalążki szaleństwa. Jak się rozwija, wyrasta, a potem jego wybuch. Zawsze jest jakaś granica, którą przekraczają bohaterowie, choć nie ze swojej woli. Skłaniają ich do tego złe okoliczności. Śmierć kobiety głównego bohatera u Łelebeka czy bezwględność innych ludzi u Paula Austera. Co ciekawe u francuskiego pisarza zdajemy sobie sprawę z szaleństwa bohatera dopiero na końcu książki. Tymczasem u Austera wyczuwamy to dużo wcześniej. Nie wiem czy uprawomocniony wniosek z tego jest taki, że Amerykanie są ludźmi mniej skrytymi, że można łatwiej i szybciej ich ocenić. Na pewno jednak to szaleństwo jest gdzieś w ludziach ukryte, z czego nawet oni sami nie zdają dobrze sobie sprawy.
W "Trylogii Nowojorskiej" szaleństwu ulega pisarz, humanista, nie człowiek interesu. W "Muzyce przypadku" również mamy do czynienia z człowiekiem czytającym książki. U Łelebeka to samo, bohaterem jest urzędnik w ministerstwie kultury. Czyżby ludzie czytający byli bardziej narażeni na obłęd? A może jest odwrotnie, właśnie tacy ludzie sięgają po książki, bo przeczuwają w sobie chorobę? Spotkałem się już z taką opinią na temat książek, że są zapisem stanu choroby piszących, choćby od literaturoznawcy Stanisława Beresia. Wydaje mi się jednak, że są to w gruncie rzeczy sytuacje tak naprawdę wyjątkowe. I u piszących i u czytających. Jest to ciekawy i atrakcyjny temat, nie zaś powszechne zjawisko. Znam dość dobrze współczesne środowisko literackie młodego pokolenia i wiem dość dobrze kto jest szalony, a kto nie. Może kogoś rozczaruję, ale przeważająca większość tych ludzi, to ludzie zdrowi na umyśle i czasami aż zbyt poprawni w kontaktach międzyludzkich.
Etykiety:
Muzyka przypadku,
Paul Auster,
Trylogia Nowojorska
| Reakcje: |
Ruszyła strona o suwalskiej kulturze: kulturalnesuwalki.pl
kulturalnesuwalki.pl
Od początku roku działa strona o suwalskiej kulturze.
| Reakcje: |
sobota, 18 grudnia 2010
Mieszkanie Instytut - bójcie się!
"Instytut" to całe zło tego świata. Choć ta powieść zaczyna się młodzieżowo, tzn. skłania do takiego odbioru, to jednak powoli przestaje taką być, kiedy lepiej poznajemy bohaterów i zło, które ich więzi.
Nie wiem ile słów trzeba napisać w recenzji, żeby oddać klimat i atmosferę tej książki. Klimat, czyli horror i atmosferę, czyli przygody ludzi w średnio młodszym wieku, uwięzionych w dużym mieszkaniu w zabytkowej krakowskiej kamienicy przy ruchliwej alei. Jak zwyklę oprę się na sugestywnych fragmentach, ale inaczej niż zwykle, nie będę streszczał książki, skoro już na samym początku wszystkiego się dowiadujemy. Nowym moim czytelnikom wyjaśnię, że dzieło sztuki nie opiera się na zagadkowym zakończeniu, tak więc nie ono jest ważne. W dziele sztuki zakończenie stanowi taką część, jak wszystkie inne części i czytelnik recenzji, szkicu literackiego, powinien je znać, by nabrać rozeznania, czy rzeczywiście ma do czynienia z utworem artystycznym. Powiem tylko, że główną postacią, która opowiada histroię, jest Agnieszka koło czterdziestki, która dziedziczy po babci mieszkanie w Krakowie. Z powodów różnych, ale istotnych, nie może sprowadzić z Warszawy swojej córki i można powiedzieć, że jest w kropce.
To jest punkt wyjścia dla tej historii, ale to tylko niewinny punkt. Żulczyk to bardzo dobry warsztatowiec.
Jeden z tych ludzi uwięzionych w mieszkaniu Agnieszki, były chłopak Agnieszki, Rumun:
"Przecież komuna wcale się w Polsce nie skończyła, mówi Rumun. Kapitał pozostał w tych samych rękach. To zawsze były ręce prywatne. Kiedyś te pieniądze leżały na szwajcarskich kontach. Potem kupiono za nie fabryki kabli, założono firmy importujące sprzęt komputerowy, banki. Ale to ci sami ludzie, mówi Rumun. To Oni. Mówi o tym bez żadnego niezdrowego podniecenia, które zwykle towarzyszy wygłaszaniu tego typu teorii. Mówi o tym cicho, lekko tylko rozchylając usta, powoli zaciągając się papierosem, wzruszając ramionami".
Egzaltowane opisy wywołujące uśmiech na twarzy u czytelnika:
"Gówno prawda, mogłam sobie mówić, że przeżyła godne i długie życie, odeszła otoczona miłością, wsparciem i tak dalej, ale tak naprawdę rosła we mnie rozpacz, zatykała mi klatkę piersiową tak, jak kłaki zatykają filtr od odkurzacza, rozpychała mi przełyk, właziła do ust. Babcia Wera nie powinna nigdy umrzeć".
Agnieszka nie lubi barda z Brackiej i piosenki o deszczu na Brackiej, co może dziwić zwykłego czytelnika, zwykle zachwycającego się bardem z Krakowa, który nie chce u siebie stolicy. Bo kto proszę państwa lubi w tym kraju Warszawę? Oto jest pytanie. Również do was, czytelnicy mojej recenzji. (uśmiech). Przypuszczam, że może to być opinia samego autora - Jakuba Żulczyka. Proszę go o to zapytać na spotkaniu autorski w moim imieniu, proszę bardzo.
Dowiadujemy się w trakcie lektury, że Agnieszka wymieniła gniazdki elektryczne. Jaki jest mój komentarz? Ja wiem, że zwykle dobra literatura nie operuje schematem zarówno co do linii fabularnej przyczynowo-skutkowej, jak i budowy postaci. Schematy odrzuca się precz. Ale szkoda, że autor nie wziął sobie tego do serca, bo taka trzeciorzędna sprawa dla fabuły, jak to, że Agnieszka będąc kobietą artystką, sama wymienia elektrykę, jest nawet i trochę śmieszna, tak mało wiarygodna. Na pewno nie jest to schemat, ale co z tego, kiedy nie przekonuje... Właśnie. Zastanówmy się teraz jaki to gatunek "Instytut"? To gatunkowy horror. A każdy gatunek, czy to powieść kryminalna, czy horror, czy powieść fantastyczna operuje jakimś schematem, tak samo jak kino gatunkowe. Żulczyk albo zakpił ze schematyczności obdarowując Agnieszkę taką męską umiejętnością, albo może z dobrą wiąrą postarał się dodać czegoś niezwykłego Agnieszce. W obu tych przypadkach, u mnie i jak myślę, że i u innego czytelnika, może to wywołać uśmiech, a nie aplauz. Kolejna rzecz, która jest niezwykła u Agnieszki, to jej słowa o swoim życiu erotycznym w Krakowie. Ma lat dość sporo, a zwierza się czytelnikowi w jaki sposób poznawała facetów: "To był naturalny element tej całej maskarady, seks z młodymi, ładnymi i obcymi chłopakami(...)". Spotkałem się we współczesnej literaturze amerykańskiej z takim podejściem do seksu u dojrzałej kobiety, w "Złych małpach" Matta Ruffa, ale biorąc pod uwagę polskie realia obyczajowe wydaje się to mało wiarygodne, a tym samym nie budzi w czytelniku, przynajmniej u mnie, żadnego większego wrażenia. Mówiąc inaczej, ten epizod z życia Agnieszki nie jest użyty artystycznie, jak to się mówi: nie gra artystycznie.
Agnieszka opowiada z egzaltacją o swoim zakochaniu się w Jacku, którego poznaje w knajpie Kot. Pracuje w niej razem z Igą, są barmankami, Iga mieszka u Agnieszki. Knajpa Kot nazywa się tak samo w powieściach kryminalnych Marcina Świetlickiego z detektywem nieprzysiadawalnym i biorącym zaliczki plus koszty własne. Ale pierwszą kolację jedzą z Jackiem w Wierzynku. Co wydaje się już mocno schematyczne, bo kto w liceum nie uczył się o knajpie Wierzynek, w której jedli razem w średniowieczu polski i niemiecki król? Aż czytelnik wraca wspomnieniami do innej knajpy, o której też uczył się w liceum, w której grał kabaret Zielony Balonik ze Stanisławem Przybyszewskim, ale akurat Zielonego Balonika nie ma w "Instytucie".
Są za to inne "żelazne" punkty turystyczne: " Potem piliśmy w każdej knajpie na Kazimierzu. Potem, o świcie, pijani jak torpedy pieprzyliśmy się pod Wawelem, a obok nas przejeżdżały pierwsze taksówki".
Tak, ale to są tylko szczególiki, które nie wszystkie grają artystycznie, bo gra artystycznie zupełnie co innego: atmosfera horroru, zwroty akcji, sztuczki rodem z powieści kryminalnej, powolna narracja budująca cały ten wciągający świat przedstawiony Krakowa, mieszkania z nazwą na domofonie: Instytut i w oddali tło Warszawy. Choć może dla kogoś, przyzwyczajonego do pop kultury, każdy taki szczególik gra?
Ocenicie sami całość, kiedy przeczytacie "Instytut". Kto już z Was czytał, ten myślę, zgodzi się ze mną, że to najlepsza książka Żulczyka. Ocena ogólna: Super. Czy też ekstra, jak się mówi w stolicy.
Jakub Żulczyk
Instytut
Kraków, Znak, 2010
Etykiety:
Instytut,
Jakub Żulczyk,
Kraków,
Marcin Świetlicki
| Reakcje: |
wtorek, 19 października 2010
Sobolewski o nr 32 Ha!artu !
Młodzi krytycy, pisarze, reżyserzy próbują wrócić do dawnej idei zespołów filmowych jako formuły na odnowę kina polskiego. Temu służył pierwszy okrągły stół filmowców i pisarzy.
W specjalnym wydaniu "Ha!artu" przygotowanym z okazji okrągłego stołu pisarzy i filmowców czytam, że właśnie powstała adaptacja gejowskiego "Lubiewa", podobnie jak ekranizacja obrazoburczego poematu "O matce i ojczyźnie" Bożeny Keff. Nazwiska reżyserów nic nie mówią. Ale oto kolejna rewelacja: nakręcono "Polski kwiecień" inspirowany powieścią "Ojciec odchodzi" Piotra Czerskiego, zestawiającą dwie żałoby Polaków - po Janie Pawle II i po katastrofie smoleńskiej. "Film ten - czytam w entuzjastycznej recenzji - wstrzykuje kolorową groteskę w histeryczny czarny patos". Zdążył otrzymać Grand Prix na festiwalu Realismo w Lanciano z rąk samego Cesarego Zavattiniego, ojca włoskiego neorealizmu. Oczywiście to fikcja, nie ma tych filmów. Ale mogłyby być.
Polska kinematografia mimo oparcia w PISF i funduszach publicznych jest skrępowana bardziej niż w złotych czasach kina polskiego. Zależy dziś od tych producentów, którzy dbają przede wszystkim o szybki zysk. TVP przestała być partnerem filmowców. Kinu brakuje takich wydawców, jakich ma literatura, i takich kierowników literackich oraz dyrektorów, jakich mają teatry. Niewielu jest producentów kreatywnych, jak Jerzy Kapuściński z Kadru, gdzie powstał "Rewers", gdzie Jan Komasa kręci "Salę samobójców", Marek Koterski "Baby są jakieś inne", Leszek Dawid "Paktofonikę" według książki Macieja Pisuka.
Dawne kino polskie tworzyło symboliczne obrazy przekraczające obiegowe wyobrażenia. Narzucające się przykłady: słynna scena z "Popiołu i diamentu" - zastrzelony komunista pada w ramiona zamachowca-patrioty; obaj są ofiarami. Przenikliwa synteza PRL w "Dreszczach" Marczewskiego - wąską ulicą idą naprzeciw siebie: pochód z czerwonymi sztandarami i procesja kościelna, która okazuje się silniejsza. W "Zezowatym szczęścia" Munka i "Przypadku" Kieślowskiego na różne sposoby, raz komiczno-ironicznie, raz tragicznie, powraca myśl, że człowiek nie mieści się w historii, w ideologii, w narzuconych rolach społecznych i podziałach światopoglądowych. Dziś także szukamy formuły na Polskę - innej niż obiegowa, obecna w języku partii, Kościoła.
Czy byłyby możliwe w kinie obrazy mądrzejsze od rzeczywistości? Udane próby ostatnich lat: "Dług", "Plac Zbawiciela", "33 sceny z życia", "Dom zły", "Wojna polsko-ruska", "Matka Teresa od kotów". Kiedy po doświadczeniu "wojny o krzyż" ogląda się "Dzień świra" i "Wszyscy jesteśmy Chrystusami", imponuje trafność, z jaką te filmy analizują polską mowę nienawiści. Śmiech, jaki wywołują, burzy na moment barierę oddzielającą dwie Polski - "fundamentalistów" i "nowoczesnych". Przy czym autor dokonuje tego bolesnego zabiegu na sobie samym. Kto dzisiaj zmiesza szyki, stworzy obrazy, które wstrząsną, przyniosą katharsis?
Mądrzejsze od polityki
Może temu służyć kontakt z młodą literaturą i młodą krytyką - powrót do zespołowości. Podczas "Okrągłego stołu filmowców i literatów" zorganizowanego na początku października przez PISF rozdawano specjalny numer "Ha!artu" z ankietą krytyków o polskich książkach wartych ekranizacji. Najwięcej głosów dostało "Lubiewo" Witkowskiego i "Piaskowa góra" Joanny Bator, oprócz nich "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk, "Lód" Jacka Dukaja, powieści Hanny Samson, biografia Henryki Krzywonos, autobiografia Jacka Kuronia, "Proszę bardzo" Andy Rottenberg.
Czy chodzi o kino polityczne? To określenie w Polsce kojarzy się z partyjnością, z ideologią. Wiadomo - o wartości sztuki nie decyduje temat, a "głębia wyrazu nie polega na słuszności przesłania". Ale kiedy ogląda się dziś niektóre filmy latynoamerykańskie, hiszpańskie, skandynawskie, izraelskie, widać, że są one efektem ostrego zderzenia z rzeczywistością i z rodzimą widownią. Są nie tyle "polityczne", ile mądrzejsze od polityki.
W dyskusjach o kinie polskim, jak w angielskim klubie, nie mówi się o poglądach, nie sądzi idei. A była to kiedyś praktyka naszej krytyki. Reżyserzy - od Wajdy i Munka po Zanussiego, Holland, Kieślowskiego, Marczewskiego - nie żyli w izolacji. Mieli za sobą doświadczenie pokoleniowe. Pracowali dla przyszłości. Wchodzili do zawodu, wierząc, że ich obrazy mają zdolność oddziaływania na rzeczywistość. I oddziaływały: młode kino lat 70. - nie tylko "Człowiek z marmuru" - naprawdę zapowiadało przyszły ruch "Solidarności", uprzedzało przyszłe konflikty. Filmy robione tuż przed stanem wojennym, takie jak "Kobieta samotna" Holland czy "Wojna światów" Szulkina, nie szły z nurtem, wyprzedzały potoczną świadomość. Wyprzedzali obiegowe myślenie Amerykanie, robiąc kiedyś filmy o wojnie w Wietnamie, dziś o Iraku; Izraelczycy wywlekający w kinie swoje traumy i dylematy; Mike Leigh i bracia Dardenne pytający o ludzi wykluczonych (często z własnej winy). Kiedy przeczytałem "Naszą klasę" Tadeusza Słobodzianka, zobaczyłem za tymi obrazami polski odpowiednik "Białej wstążki" Hanekego.
Nieformalne zespoły
Najciekawsze polskie filmy ostatnich lat nie są adaptacjami, ale mają cechy dobrej literatury: oryginalność, pogłębione rozpoznanie rzeczywistości, świadomość punktu widzenia. Jak odrobić fatalny błąd, jakim była po roku 1989 praktyczna likwidacja systemu zespołów, naiwne zawierzenie "niewidzialnej ręce rynku" - o czym mówił podczas okrągłego stołu Piotr Szulkin. Lekkomyślnie zniszczono to, na czym wzorowały się inne kinematografie, co przyczyniło się w latach 90. do odrodzenia kina duńskiego - zespołowość.
Dążenie do tego, żeby w systemie kapitalistycznym i producenckim zachować dawny mariaż kina i literatury, zaczyna przybierać konkretny kształt. Na razie to jeszcze nie rewolucja, tylko działanie pozasystemowe. Piotr Marecki - szef korporacji Ha!art, jeden z pomysłodawców okrągłego stołu - współtworzy Restart. Nazwa nawiązuje do przedwojennego Stowarzyszenia Miłośników Filmu Artystycznego "Start". To właśnie od dawnych startowców w połowie lat 50., w czasach odwilży, wyszła inicjatywa stworzenia zespołów.
- Jest nas około 30 osób niezwiązanych z żadną instytucją - mówi Marecki. - Tworzymy parainstytucję, think tank pracujący na rzecz zmiany polskiego kina, odnowy myślenia zespołowego. Wśród nas są filmoznawcy, filozofowie, historycy, pisarze, dramaturdzy, laureaci ostatnich konkursów krytyki filmowej im. Krzysztofa Mętraka. Na nowo czytamy kino polskie. Tworzymy krytykę towarzyszącą, która nie wydaje werdyktów "zły - dobry", ale rozwija idee zawarte w filmie, wchodzi z nim w dialog.
Wydali książkę o polskiej Nowej Fali, tom "Kino polskie 1989-2010. Historia krytyczna", "Dzieje grzechu. Surrealizm w kinie polskim". Przypominają nieoczywistych reżyserów, tak różnych jak Barański, Żuławski, Skolimowski, Królikiewicz. Restart współdziała z alternatywnym Stowarzyszeniem Młodych Filmowców 1-2. Przygotowują zmiany, które z czasem nastąpią w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich i w PISF.
Mówi Joanna Ostrowska, historyczka pracująca z Marcinem Koszałką nad jego przyszłym debiutem fabularnym: - Restart wyobrażam sobie jako grupę ludzi, którzy mogą być sparingpartnerami dla filmowców. Przysyłają nam swoje projekty Borys Lankosz, Paweł Ferdek, Katarzyna Klimkiewicz. Czytamy, interpretujemy, proponujemy nowe rozwiązania. Reżyser czy pisarz ma szansę dowiedzieć się, co właściwie myśli.
Chcą, żeby kierownik literacki mógł uczestniczyć w konkretnych projektach filmowych, jak w teatrze. Działają nieformalnie, bez pieniędzy. Po spotkaniu w warszawskiej kawiarni Tarabuk usłyszeli od Borysa Lankosza i Pawła Borowskiego ("Zero"), że od dawna na takie forum czekano. W szkołach artystycznych jest niewiele miejsca na literaturę rozumianą szeroko, jako domena sensu. Trzeba było lat, żeby doprowadzić do spotkania rozproszonych środowisk, które w czasach świetności polskiego kina spotykały się przy kawiarnianym stoliku: młody Kawalerowicz i Konwicki, Munk i Stawiński, Wajda i Andrzejewski, Has i Dygat.
Polska kinematografia mimo oparcia w PISF i funduszach publicznych jest skrępowana bardziej niż w złotych czasach kina polskiego. Zależy dziś od tych producentów, którzy dbają przede wszystkim o szybki zysk. TVP przestała być partnerem filmowców. Kinu brakuje takich wydawców, jakich ma literatura, i takich kierowników literackich oraz dyrektorów, jakich mają teatry. Niewielu jest producentów kreatywnych, jak Jerzy Kapuściński z Kadru, gdzie powstał "Rewers", gdzie Jan Komasa kręci "Salę samobójców", Marek Koterski "Baby są jakieś inne", Leszek Dawid "Paktofonikę" według książki Macieja Pisuka.
Czy byłyby możliwe w kinie obrazy mądrzejsze od rzeczywistości? Udane próby ostatnich lat: "Dług", "Plac Zbawiciela", "33 sceny z życia", "Dom zły", "Wojna polsko-ruska", "Matka Teresa od kotów". Kiedy po doświadczeniu "wojny o krzyż" ogląda się "Dzień świra" i "Wszyscy jesteśmy Chrystusami", imponuje trafność, z jaką te filmy analizują polską mowę nienawiści. Śmiech, jaki wywołują, burzy na moment barierę oddzielającą dwie Polski - "fundamentalistów" i "nowoczesnych". Przy czym autor dokonuje tego bolesnego zabiegu na sobie samym. Kto dzisiaj zmiesza szyki, stworzy obrazy, które wstrząsną, przyniosą katharsis?
Mądrzejsze od polityki
Może temu służyć kontakt z młodą literaturą i młodą krytyką - powrót do zespołowości. Podczas "Okrągłego stołu filmowców i literatów" zorganizowanego na początku października przez PISF rozdawano specjalny numer "Ha!artu" z ankietą krytyków o polskich książkach wartych ekranizacji. Najwięcej głosów dostało "Lubiewo" Witkowskiego i "Piaskowa góra" Joanny Bator, oprócz nich "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk, "Lód" Jacka Dukaja, powieści Hanny Samson, biografia Henryki Krzywonos, autobiografia Jacka Kuronia, "Proszę bardzo" Andy Rottenberg.
Czy chodzi o kino polityczne? To określenie w Polsce kojarzy się z partyjnością, z ideologią. Wiadomo - o wartości sztuki nie decyduje temat, a "głębia wyrazu nie polega na słuszności przesłania". Ale kiedy ogląda się dziś niektóre filmy latynoamerykańskie, hiszpańskie, skandynawskie, izraelskie, widać, że są one efektem ostrego zderzenia z rzeczywistością i z rodzimą widownią. Są nie tyle "polityczne", ile mądrzejsze od polityki.
W dyskusjach o kinie polskim, jak w angielskim klubie, nie mówi się o poglądach, nie sądzi idei. A była to kiedyś praktyka naszej krytyki. Reżyserzy - od Wajdy i Munka po Zanussiego, Holland, Kieślowskiego, Marczewskiego - nie żyli w izolacji. Mieli za sobą doświadczenie pokoleniowe. Pracowali dla przyszłości. Wchodzili do zawodu, wierząc, że ich obrazy mają zdolność oddziaływania na rzeczywistość. I oddziaływały: młode kino lat 70. - nie tylko "Człowiek z marmuru" - naprawdę zapowiadało przyszły ruch "Solidarności", uprzedzało przyszłe konflikty. Filmy robione tuż przed stanem wojennym, takie jak "Kobieta samotna" Holland czy "Wojna światów" Szulkina, nie szły z nurtem, wyprzedzały potoczną świadomość. Wyprzedzali obiegowe myślenie Amerykanie, robiąc kiedyś filmy o wojnie w Wietnamie, dziś o Iraku; Izraelczycy wywlekający w kinie swoje traumy i dylematy; Mike Leigh i bracia Dardenne pytający o ludzi wykluczonych (często z własnej winy). Kiedy przeczytałem "Naszą klasę" Tadeusza Słobodzianka, zobaczyłem za tymi obrazami polski odpowiednik "Białej wstążki" Hanekego.
Nieformalne zespoły
Najciekawsze polskie filmy ostatnich lat nie są adaptacjami, ale mają cechy dobrej literatury: oryginalność, pogłębione rozpoznanie rzeczywistości, świadomość punktu widzenia. Jak odrobić fatalny błąd, jakim była po roku 1989 praktyczna likwidacja systemu zespołów, naiwne zawierzenie "niewidzialnej ręce rynku" - o czym mówił podczas okrągłego stołu Piotr Szulkin. Lekkomyślnie zniszczono to, na czym wzorowały się inne kinematografie, co przyczyniło się w latach 90. do odrodzenia kina duńskiego - zespołowość.
Dążenie do tego, żeby w systemie kapitalistycznym i producenckim zachować dawny mariaż kina i literatury, zaczyna przybierać konkretny kształt. Na razie to jeszcze nie rewolucja, tylko działanie pozasystemowe. Piotr Marecki - szef korporacji Ha!art, jeden z pomysłodawców okrągłego stołu - współtworzy Restart. Nazwa nawiązuje do przedwojennego Stowarzyszenia Miłośników Filmu Artystycznego "Start". To właśnie od dawnych startowców w połowie lat 50., w czasach odwilży, wyszła inicjatywa stworzenia zespołów.
- Jest nas około 30 osób niezwiązanych z żadną instytucją - mówi Marecki. - Tworzymy parainstytucję, think tank pracujący na rzecz zmiany polskiego kina, odnowy myślenia zespołowego. Wśród nas są filmoznawcy, filozofowie, historycy, pisarze, dramaturdzy, laureaci ostatnich konkursów krytyki filmowej im. Krzysztofa Mętraka. Na nowo czytamy kino polskie. Tworzymy krytykę towarzyszącą, która nie wydaje werdyktów "zły - dobry", ale rozwija idee zawarte w filmie, wchodzi z nim w dialog.
Wydali książkę o polskiej Nowej Fali, tom "Kino polskie 1989-2010. Historia krytyczna", "Dzieje grzechu. Surrealizm w kinie polskim". Przypominają nieoczywistych reżyserów, tak różnych jak Barański, Żuławski, Skolimowski, Królikiewicz. Restart współdziała z alternatywnym Stowarzyszeniem Młodych Filmowców 1-2. Przygotowują zmiany, które z czasem nastąpią w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich i w PISF.
Mówi Joanna Ostrowska, historyczka pracująca z Marcinem Koszałką nad jego przyszłym debiutem fabularnym: - Restart wyobrażam sobie jako grupę ludzi, którzy mogą być sparingpartnerami dla filmowców. Przysyłają nam swoje projekty Borys Lankosz, Paweł Ferdek, Katarzyna Klimkiewicz. Czytamy, interpretujemy, proponujemy nowe rozwiązania. Reżyser czy pisarz ma szansę dowiedzieć się, co właściwie myśli.
Chcą, żeby kierownik literacki mógł uczestniczyć w konkretnych projektach filmowych, jak w teatrze. Działają nieformalnie, bez pieniędzy. Po spotkaniu w warszawskiej kawiarni Tarabuk usłyszeli od Borysa Lankosza i Pawła Borowskiego ("Zero"), że od dawna na takie forum czekano. W szkołach artystycznych jest niewiele miejsca na literaturę rozumianą szeroko, jako domena sensu. Trzeba było lat, żeby doprowadzić do spotkania rozproszonych środowisk, które w czasach świetności polskiego kina spotykały się przy kawiarnianym stoliku: młody Kawalerowicz i Konwicki, Munk i Stawiński, Wajda i Andrzejewski, Has i Dygat.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Więcej... http://wyborcza.pl/1,75475,8518956,Restart_polskiego_kina.html#ixzz12nclkGai
Etykiety:
nr 32 Haartu,
Piotr Marecki,
Tadeusz Sobolewski
| Reakcje: |
poniedziałek, 11 października 2010
32. numer postdyscyplinarnego magazynu o nowej kulturze "Ha!art" już wkrótce w sprzedaży!
32. numer postdyscyplinarnego magazynu o nowej kulturze "Ha!art" już wkrótce w sprzedaży!
Temat numeru Co Robić? - Literacki restart kina polskiego.W numerze: Ankieta - Co robić? - literacki restart kina polskiego:
Paweł Dunin-Wąsowicz, Jakub Winiarski, Anna Marchewka, Jarosław Lipszyc, Marta Syrwid, Piotr Macierzyński, Mariusz Pisarski, Adam Bolewski,
Agnieszka Wiśniewska, Tadeusz Lubelski, Juliusz Strachota, Krzysztof Tomasik, Marta Dzido, Joanna Pawluśkiewicz, Zbigniew Masternak, Michał Tabaczyński, Grzegorz Wysocki, Marcin Wilk,Łukasz M. Maciejewski, Jaś Kapela, Joanna Ostrowska, Kamil Śmiałkowski, Łukasz Saturczak, Grzegorz Jankowicz, Jan Krasnowolski, Darek Foks, Eliza Szybowicz, Bernadetta Darska, Maciej Pisuk, Marta Sztanka, Tomasz Piątek, Agnieszka Jakimiak, Jerzy Franczak, Błażej Warkocki, Joanna Orska, Jakub Majmurek, Wojciech Rusinek, Jakub Momro, Jarosław Pietrzak, Łukasz Orbitowski, Sylwik Chutnik, Inga Iwasiów, Maciej Parowski, Anka Sasnal, Przemysław Czapliński, Bożena Keff
Zaglądajcie do empików!
Etykiety:
Adam Bolewski,
Grzegorz Wysocki,
Haart nr 32,
Krzysztof Tomasik,
Przemysław Czapliński,
Tadeusz Lubelski,
Tomasz Piątek,
Łukasz Orbitowski
| Reakcje: |
wtorek, 21 września 2010
Kim był Rysio Apte?
Kim był Rysio Apte, że napisano o nim książkę? Rysio był uzdolnionym gimnazjalistą z elitarnej, krakowskiej przedwojennej szkoły, której matura pozwala na studiowanie bez egzaminów wstępnych, w każdej wyższej polskiej uczelni. Przed wojną rysował obrazki do czasopisma "Okienko dzieci", świetnie grał na fortepianie. Już później narysował szereg przejmujących szkicy, inspirowanych tzw. szkołą brutalistów, przez które przewija się twarz bardzo wychudzonego, chorego czy może umierającego człowieka w salonie u fryzjera, w celi, na ulicy w mieście, we śnie, przed komisją wojskową. Do tego seria szkiców ze świętym Sebastianem ukrzyżowanym przez Niemców, witającym się z dziećmi na ulicy, w kontakcie z krwawiącym człowiekiem podczas ostatecznej rozprawy sądowej. Dziennikarze Wyborczej, którzy zrekonstruowali losy Rysia Apte, od czasów dzieciństwa w Krakowie po wywóz do obozu koncentracyjnego z Wieliczki, piszą, że święty Sebastian był od zawsze ulubionym motywem homoseksualnych malarzy. Dodają, że zaczytywał się w Prouście. Przyjaciel Rysia, Henryk Vogler, asystent u jego ocjca, miał później po wojnie napisać, że zaskoczył go "temat Charlusa" pojawiający się w stosunkach między męskimi bohaterami powieści Rysia, którą będzie pisał w czasie wojny. Nie miał żadnej sympatii w gimnazjum, za to wiele wielbicielek jego wierszy i grania. Fascynował go profesor Feldhorn od polskiego i historii. Wiele wskazuje na to, że był homoseksualny. Piotr Głuchowski i Marcin Kowalski zrekonstruowali życie chłopaka, jego rodziny i przyjaciół z gimnazjum. Przetrwały tylko obrazki Rysia, które są już dojrzałą opowieścią o czasach zagłady i pogromu. Przetrwały u rodziny Piaseckich z Wieliczki, ostatniego miejsca ukrywania się rodziny Aptego. Rysował i pisał, by nie poddać się wojennej machinie i po to chyba, by nie dać się zawładnąć strachowi.
Tytuł książeczki sugeruje, że mamy do czynienia z niedokończoną powieścią Rysia Aptego, tymczasem jak już wspominałem jest to rekonstrukcja tamtych wydarzeń.
Ojciec Rysia był zamożnym prawnikiem i członkiem żydowskiej loży masońskiej. Matka prowadziła salon literacko-towarzyski. w którym "młode przyjaciółki literatów i dziennikarzy kołysały się na kolanach mężczyzn". To zdanie wzbudziło we mnie pewien znak zapytania, ale być może jest to pewna fantazja autorów. Wiele w książce się mówi o starym, dobrym Krakowie, jego ludziach, architekturze i życiu w mieście. Rodzina Apte po wybuchu wojny ucieka do Lwowa, w którym jest tylko trochę bezpieczniej, ponieważ Lwów był już opanowany przez wojsko radzieckie, NKWD i trzeba było uważać na to, co się mówi głośno. Trudno było o żywność, wszędzie stały kolejki w sklepach. Ojciec Apte miał mówić do syna: "Socjalizm cechuje się tym, że każdy może w nim zostać strącony z piedestału albo zniszczony za nic. Tu nie ma świętych, synku, tu donos kołchoźnika wystarczy, by zamknąć w obozie członak komitetu Centralnego patrii". Słowa trochę dziwne, jak na masona, ale widocznie można tam było zobaczyć ów radziecki "socjalizm" i właściwie go ocenić.
Kiedy Niemcy bombardują Lwów rodzina Apte ucieka do Wieliczki. Jednak po jakimś czasie Niemcy w Wieliczce tworzą żydowskie getto, a potem organizują wywózkę do pobliskiego lasu lub do obozu koncentracyjnego. W opisie życia Rysia Apte wiele miejsca poświęca się na relację jego z bliskimi mu osobami. Na to, o czym się rozmawiało przed wojną i w czasie wojny. Rysio mimo wojny nadal interesował się literaturą i rysunkiem. Zapiski przyjaciela Rysia, Henryka Voglera o ich wspólnych rozmowachj, pokazują, że ich wpólne tematy były dalekie od tego co się wówczas działo w getcie żydowskim. Niemcy ściągali z Żydów haracz, wzamian za spokój. Po wielu zbiórkach pieniędzy, kosztowności Niemcy jednak rozpoczęli masowy pogrom getta.
Rekonstrukcja lat wojny robi bardzo duże wrażenie. Czytelnik jest postawiony w roli ofiary, którą ktoś bez realnego powodu chce zabić. Wprawdzie padają gdzieś pod koniec książeczki słowa Niemca do Polaków, że od tej chwili są już wolni od Żydowskich wyzyskiwaczy i ciemiężycieli. Ale są to jednak słowa nieprawdziwe i niesprawiedliwe. Polacy nie chcieli zabijać Żydów, nawet jeśli jakoś forma antysemityzmu się szerzyła w ówczesnej Polsce. Czytelnik po lekturze tej książki może poczuć, że teraz lepiej rozumie polskich Żydów i że bardzo im współczuje, tego co się stało w czasie wojny. Zwłaszcza mając lekturowy kontakt z sympatycznym Rysiem. To dobra książka, bo pokazując straszne realia, w jakich przyszło żyć kolegom Rysia i jego rodzinie, może wzbudzić empatię. Dołączone do książki rysunki dopełniają tego piekielnego obrazu. Można również pogratulować wydawnictu Ha!art pięknego wydania tej publikacji.
Apte. Niedokończona powieść.
Piotr Głuchowski
Marcin Kowalski
Korporacja Ha!art
Kraków 2010
Etykiety:
Ryszard Apte,
Wyborcza
| Reakcje: |
wtorek, 31 sierpnia 2010
"Stanie się czas" Poula Andersona
"Stanie się czas" to fajna, przyjemna, krótka powiastka SF znanego w USA autora Poula Andersona.
Poznajemy głównego bohatera Jacka Haviga kiedy jest jeszcze dzieckiem. Ma fantastyczny dar przenoszenia się w czasie. W innych światach żyje kilka miesięcy albo i rok, a potem wraca do tej chwili w czasie, w której wyruszył w podróż w czasie. O Jacku opowiada nie wszechwiedzący narrtor, ale również postać z książki. Jest nim powiernik Jacka, lekarz rodzinny, przyjaciel rodziny. To ciekawy zabieg narracyjny, bo skoro o tym wszystkim opowiada nam przyjaciel Jacka, możemy z góry założyć przy czytaniu, że pewne sprawy mogą mu być nieznane. Logiczne jest więc, że niektóre podróże Jacka doktor zna tylko połowicznie, a z kolei mniej ważne wydarzenia zna bardziej szczegółowo. Taki zabieg narracyjny usprawiedliwa również niewielki rozmiar książki, przypominającą w formie bardziej długie opowiadanie, niż prawdziwą powieść. Biorąc również pod uwagę fakt, że wszystko się dzieje linearnie, od dzieciństwa po wiek dojrzały głównej postaci. A dzieje się dużo, Jack wciąż przenosi się w czasie i do różnych, zarabia mnóstwo pieniędzy handlując kosztownościami i walutą. I tu właściwie wypada mi zamilczeć na temat jego historii, ponieważ dzieje się ona po kolei, więc streszczanie jej byłoby pozbawianiem frajdy z czytania. Ciekawy jest motyw cywilizacyjny i kulturowy. Jack porównuje się mentalnie i kulturowo z innym podróżnikiem w czasie, który zbudował w przeszłości osadę dla takich jak oni. Ich metody działania podczas podróży w czasie są oceniane, jako prymitywne i nieludzkie, co tłumaczy nam narrator doktor, powtarzając słowa Jacka, od którego usłyszał sąd, że prymitywność i bezwględność tamtych podróżników w czasie wynika z ich osadzenia, czyli wychowania w minionych wiekach. Brzmi to dosłownie jak gloryfikacja teraźniejszych czasów, kulturalnych i rozwiniętych cywilizacyjnie, w których wychował się Jack, w połowie XX wieku. Ciekawa jest również "doskonała pamięć" narratora doktora, który przecież nie kreuje się na wszechwiedzącego, a mimo to opowiada ze szczegółami o wielu rzeczach, kto co kiedy powiedział, jak wyglądał i nawet co czuł. Dość to naiwne, ale od młodego czytelnika zwykle właśnie autor spodziewa się takiej naiwności, dzięki której będzie mógł on zatopić się w przygodach bohatera. "Stanie się czas" to dobra, na przyzwoitym poziomie literatura młodzieżowa. Polecam.
Poul Anderson
Stanie się czas
Prószyński
Warszawa 2010
Książka była bezpłatnym dodatkiem do miesięcznika Nowa Fantastyka
Etykiety:
fantastyka.pl,
Poul Anderson
| Reakcje: |
piątek, 27 sierpnia 2010
Nowa epoka literacka: Tajna Polska
"Janusz Hrystus" Jasia Kapeli rozpoczął nową epokę literacką w polskiej literaturze. Nową epokę proponuję nazwać : Tajna Polska
Tajna Słowacja, tajne Czechy, tajna Litwa itd. : te kraje po transformacji zaczynają nowy etap rozwoju, również w literaturze, muszą pokazać europie kim i czym są. Ale teraz są tajne.
Etykiety:
Nowa epoka literacka: Tajna Polska
| Reakcje: |
czwartek, 26 sierpnia 2010
Potwierdzenie dodania blogu.
19295fb74c7b21f8d1c65c2291507a ca
Subskrybuj:
Posty (Atom)













